Na mistrzowskim poziomie – wywiad z Mikołajem Marczykiem cz. II

0

Zapraszamy do przeczytania drugiej części wywiadu z Miko. Dowiecie się z niego trochę więcej o mistrzostwach świata w kartingu halowym oraz o co nieco  treningu. Tych, którzy nie mieli jeszcze okazji zapoznać się z pierwszą częścią, zapraszamy tutaj. Jeżeli natomiast chcielibyście na żywo zobaczyć, jak za kierownicą samochodu radzi sobie kartingowy mistrz to zapraszamy na Rajd Mikołowsko-Żorski. Pierwsza runda tegorocznych Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Śląska będzie także rajdowym debiutem Marczyka. Zapraszamy do kibicowania.

 

Zbigniew Topolski: Poza mistrzostwami świata w Danii startowałeś jeszcze w Brazylii i we Włoszech.

Miko Marczyk: W 2014 roku znowu udało mi się osiągnąć dobry wynik w kraju, więc po raz kolejny zostałem wytypowany jako reprezentant Polski. Tym razem zawody były rozgrywane w Brazylii. Zasadniczo powtórzyłem swój wynik, ponieważ znowu dojechałem na 39 miejscu. Tym razem jednak w stawce 127 zawodników, czyli wynik był już znacznie lepszy. Sprawiło mi to tym większą satysfakcję, że było tam wielu miejscowych zawodników. Tor był otwarty, a gokarty możemy nazwać amatorskimi, z silnikami 4-suwowymi. W treningach szło mi lepiej niż w zawodach, podczas których popełniłem kilka błędów. Gdybym wtedy miał trochę silniejszą i lepszą psychikę, gdybym wszystko lepiej analizował, to byłaby szansa na jeszcze lepszy wynik. Na przykład w półfinale zawodów potrafiłem dojechać na trzeciej lokacie, co było świetnym wynikiem na 20 zawodników w wyścigu. Jeden z wyścigów eliminacyjnych również zakończyłem na podium, co jest marzeniem dla wielu osób, które tam startują. Podsumowując, troszkę czegoś zabrakło, ale wynik i tak był satysfakcjonujący.

Minął kolejny rok treningów, znowu zdobyłem tytuł Mistrza Polski, trzeci raz z rzędu. Zostałem wytypowany na mistrzostwa świata do Włoch. Odbywały się one na nietypowych gokartach, z 6-biegową skrzynią biegów o mocy 36 KM. To bardzo dużo jak na gokart.

ZT: O 12 koni więcej niż w popularnym „maluchu”.

MM: Dokładnie, a masę mamy znacznie mniejszą. Taki gokart waży może 100 kg, do tego zawodnik 80 kg. Na tak niską masę te 36 koni na krótkich przełożeniach skrzyni biegów naprawdę robi wrażenie. Te gokarty były bardzo szybkie. Prawdę powiedziawszy, we Włoszech był widoczny postęp, nie tylko mój, ale całej gwardii zawodników z Polski. Po dwóch dniach mistrzostw, które trwały tydzień byłem już „wicemistrzem świata”. Można to nazwać małym sukcesem, ponieważ po pierwszych czterech biegach zajmowałem 2 miejsce. Startowało tam 125 czy też 127 zawodników, a w czołówce było bardzo ciasno. Dosłownie jeden punk zmieniał wynik o 10 pozycji. Najlepszych 10 czy 15 osób wygrywało swoje biegi, bądź też dojeżdżało na podium. Ja również w prawie wszystkich swoich punktowanych wyścigach, dojechałem na podium. Dzięki temu zakwalifikowałem się do finału, czyli jestem finalistą mistrzostw świata. Wtedy bardzo o tym marzyłem, choć nie wierzyłem, że może się to udać. Dostałem się do czołowej osiemnastki i ostatecznie zakończyłem zawody na 12 miejscu. W międzyczasie w jednym z wyścigów miałem pecha i jadąc na pierwszym miejscu złapałem gumę w gokarcie. Musiałem szybko udać się do pit-stopu, przez co straciłem parę pozycji i sporo punktów. Nie lubię gdybania i mówienia o pechu, ponieważ prawdopodobnie moim konkurentom też się coś przytrafiło, o czym ja mogę nie do końca wiedzieć. Uważam, że moje umiejętności nie pozwalały na dużo lepszy wynik niż okolice pierwszej dziesiątki. Już ta finałowa osiemnastka to byli naprawdę szybcy zawodnicy. Mogę szczerze powiedzieć, że Mistrz Świata, Belg, przy okrążeniu ok. 1 minuty, w tym samym gokarcie był szybszy ode mnie o ok. 0,15-0,2 s. Nad tymi dwoma dziesiątymi można by pracować pewnie jeszcze 10 lat, bo ten zawodnik miał znacznie większe doświadczenie. W finałowej grupie różnice między kierowcami były podobne jak Formule 1, a nawet mniejsze. My losowaliśmy te gokarty i raz trafiło się Mercedesa jak Lewis Hamiton, a czasem trzeba było jechać „wózkiem kasztanem”, który był 1,5 sekundy wolniejszy, a też trzeba było nim dobrze pojechać. Wtedy siódma pozycja na 15 zawodników w biegu to mógł być sukces, gdy wiedzieliśmy, że mamy złego gokart. Natomiast gdy jedzie się dobrym gokartem, trzeba go wykorzystać w całości i zająć możliwie najwyższą pozycję, zdobyć jak największą liczbę punktów.

ZT: Wspominałeś wcześniej o treningu, czy poza jazdą gokartem w jakiś sposób trenowałeś np. refleks, koordynację?

MM: Miałem już prawo jazdy kategorii B1 i od czasu do czasu jeździłem też samochodem, natomiast jeżeli chodzi o tego typu treningi, to bardzo dużo czasu spędzaliśmy na treningach gokartowych. Nie mogę powiedzieć, że robiłem inne rzeczy, ponieważ jeżeli była wolna chwila, to uprawiałem właśnie ten sport. Nie było już czasu w harmonogramie na tenisa, piłkę nożną czy cokolwiek innego, ponieważ karting był moją pasją i realizowałem ją w każdej wolnej chwili. Nie miałem wówczas takich pomysłów, aby trenować na siłowni, czy też refleks za pomocą specjalnych ćwiczeń. Każde kolejne 10 minut jazdy rozwijało mnie.

Ktoś mnie kiedyś zapytał, jak trenowałem. Dla mnie każde zawody były treningiem. Sam, z tygodnia na tydzień, decydowałem, na które zawody pojadę. Wybierałem sobie np. mistrzostwa danego kraju i traktowałem to zarówno jako rywalizację, ale też jako trening, ponieważ dużo się uczyłem. Bardzo dużo uczy w tym sporcie wspólna jazda z najlepszymi. W takich miejscach jak mistrzostwa np. Holandii czy Polski spotykamy się z najlepszymi zawodnikami, możemy się od nich dużo nauczyć.

ZT: Kiedyś w Gokart Arenie sam trenowałeś, a dzisiaj szkolisz młodych zawodników, jak wyglądają Twoje lekcje?

MM: Staram się zapewnić coś, czego ja nie miałem. Gdy zaczynałem 5 lat temu, amatorski karting halowy dopiero rósł u nas w kraju. Nie miałem wtedy kogo zapytać, choć bardzo chciałem, o to, co należy zrobić, aby przyśpieszyć. Nie wiedziałem, w którą stronę się odchylać w gokarcie, jak skręcać? Czy może delikatnym poślizgiem, czy płynnie? Dużo pracowałem przez te 4-5 lat, aby zdobyć tę wiedzę. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, to z wielką przyjemnością przekazuję mu ją. Treningi prowadzę głównie w taki sposób, że jeździmy wspólnie. Ja pokazuję nitkę jazdy, która wydaje mi się odpowiednia, uczeń stara się ją powielać. Ewentualnie ja jeżdżę za uczniem, obserwując, co wymaga poprawy. Preferuję też oglądanie z zewnątrz takiego zawodnika. Dobrze jest, gdy możemy osiągnąć taką sytuację na hali, że jedzie tyko jedna osoba. Wtedy słyszę doskonale kiedy, jak szybko, z jaką częstotliwością naciska gaz. Dość dużo możemy z tego wywnioskować. Widać to po postępach, które robimy.

Dzisiaj mieliśmy zajęcia z Błażejem. Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz, 3 tygodnie temu, jego czas okrążenia wynosił 25,2 sekundy na tym torze. W tej chwili mamy 23,9 sekundy. Już jesteśmy bardzo konkurencyjni. Błażej chyba już wszedł do top 25 rekordów toru, z czego jest bardzo zadowolony. Ja natomiast jestem zadowolony z jego postępów. Trenuję innych tyko w formie indywidualnej lub maksymalnie z 2 osobami naraz, bo chcę być w 100% zaangażowany. Ja nie jestem po to, żeby zająć czas małym dzieciom, tak jak chodzą na tenisa, piłkę nożną, to może jeszcze na gokarty? Chcę pomóc osobom, które mają do tego pasję, predyspozycje, serce i które chcą to robić na wysokim poziomie.

cdn.

[od redakcji]  W międzyczasie Błażej, uczeń Miko uzyskał drugi najlepszy czas okrążenia na Gokart Arenie w Łodzi, gdzie trenuje. Przed nim o zaledwie 0,04 s jest jedynie sam Marczyk. Gratujemy i zapraszamy innych do treningów.

Udostepnij na:

About Author

0 0

ZOBACZ INNE

Dodaj komentarz